niedziela, 06 kwietnia 2014
było sobie życie: ewelina z infografiki linii lotniczych ryanair

pewnie nie raz ją widzieliście. być może nawet uratowała wam życie, albo przynajmniej za jej sprawą nie dłużył wam się lot. ot, cała ewelina: rozrywkowa, pomocna dziewczyna w różowej sukience z niskim stanem i rzadkim ściegiem.



na tym blogu zawsze ceniliśmy ludzi niepozornych na pierwszy rzut oka, nietuzinkowych na drugi rzut oka, mających dużo pieprzyków na plecach na trzeci rzut oka. ewelina właśnie taka jest. i właśnie dlatego chcemy wam opowiedzieć jej historię.

urodziła się na podlaskiej prowincji, w kleszczelach - miasteczku, którego największym zabytkiem jest układ przestrzenny, datowany na XVI wiek. rodzina eweliny miała pretensje mieszczańskie objawiające się patologicznie nałogowym oglądaniem telewizji śniadaniowych i reagowaniem na nowe fryzury iwony schymalli westchnieniami, w których dało się wyczuć trochę zazdrości i trochę śledzikowania.

nasza bohaterka dość wcześnie zaczęła się buntować przeciw zastanym normom. w "kawie czy herbacie" na przykład spośród prowadzących najbardziej lubiła rafała ziemkiewicza, którego twarz wycięła ze zdjęcia w gazecie polskiej i nakleiła na twarz nicka cartera kucającego przy bardzo dużej donicy z juką na plakacie w "bravo". kolaż ten zresztą zaniosła do szkoły, gdzie zawisł na gazetce "uczniowie klas trzecich i ich kucający idole". dzięki niemu miała szóstkę z plastyki, piątkę z religii i zadrapanie na lewej goleni autorstwa zawistnej prymuski, mariolki, którą mimo wielu nieporozumień ceniła za szczerość i umiejętność dotykania czubkiem kciuka nadgarstka tej samej ręki. z okresu szkolnego zachowało się tylko jedno zdjęcie eweliny (mariolka siedzi za nią).



swojego pierwszego chłopaka poznała na "dniach kleszczel". zabawa trwała do późnych godzin nocnych, a zakończyła się uprawianiem miłości na goło w ciemnozielonym polonezie caro. nie było to zbyt romantyczne zbliżenie, chłopak był posiadaczem zespołu natręctw samochodowych - zamiast pieścić ewelinę, bawił się potencjometrem temperatury, a drugą ręką trzymał uchwyt nad boczną szybą.

tamta noc była niefortunna również dlatego, że zapoczątkowała nowe życie, któremu ojcem, ku rozpaczy eweliny, nie był rafał ziemkiewicz. nie miał nawet jego oczu. dziecko miało oczy młodego jerzego zelnika w rozpiętej kraciastej koszuli, myślącego, co by tutaj zjeść.



to właśnie wtedy ewelina podjęła decyzję. zrobi wszystko, by wyrwać się z tego świata, by osiągnąć spektakularny sukces, by zostać twarzą infografiki linii lotniczych ryanair.

nie miała pojęcia, jak tego dokonać. smutna siedziała na wieczorku poetyckim kamila sipowicza, czytającego wiersze złożone z trzech słów: heidegger, rododendron, ażeby. poznała tam dagmarę, dziewczynę o tłustych włosach i nienawiści w oczach zwróconej w stronę wszystkich chudzielców, którzy chodzą w dresach ze ściągaczami. dagmara nienawidziła również słowa "ściągacze". poradziła ewelinie, by rozkochała w sobie syna zbigniewa hołdysa, co miało otworzyć przed nią wszystkie drzwi i odwieść od oglądania chudzielców w dresach ze ściągaczami na rzecz brodaczy w grubymi oprawkami w okularach.



umówiła się z tytusem hołdysem w jego klubie "chwila" na warszawskiej woli. nie miała ani grosza, a piwo w tym klubie było bardzo drogie. nie miała pojęcia, jak w tych okolicznościach oczarować zblazowanego hipstera, czuła się zagubiona. akurat trwał koncert offowej kapeli, mającej renomę najgłośniej wystukującej rytm piosenki "stalker" na pudełkach dvd z serialem scooby doo. okazało się, że młody hołdys uwielbia produkcje hanna-barbera i chętnie postawi ewelinie piwo, jeśli ta odpowie na bardzo trudną zagadkę. nasza bohaterka, nie ryzykując wiele, zgodziła się. zagadka brzmiała:

- co kudłaty najbardziej lubi śledzie?

ewelina nie wiedziała. tytus odpowiedź wykrzyczał na cały klub, śmiejąc się przy tym w ten sposób, w jaki śmieją się grubi mężczyźni grający w filmach kostiumowych ekranizujących niedole polskiego chłopa pańszczyźnianego na XIX-wiecznej wsi lubelskiej.

- jeeeeść! hahahahahahahahaha.

ewelina nie chcąc sprawić hołdysowi przykrości, zaśmiała się razem z nim - w ten sposób, w jaki śmieją się brzydkie, stare kobiety w kreskówkach zmagające się z włókniakami twarzy, które można by było usunąć laserowo, gdyby była forsa.

tytusowi spodobał się ten śmiech, dlatego zaproponował ewelinie piwo i pracę w klubowej kuchni. dziewczyna bez zastanowienia przyjęła propozycję. od tej pory robiła tosty z serem podpuszczkowym, miękkim z porostem pleśniowym, łososiem i rukolą. czas mijał, jednak tytus wcale nie chciał się w ewelinie zakochać. wręcz traktował ją jak kumpla. strzelał z zaskoczenia w karczycho i podstawiał nogę, gdy ta zapatrzyła się na jarka jakimowicza, idącego ulicą w celach charytatywnych.



mimo to ewelinie dobrze się pracowało w klubie. pieniędzy starczało na wynajem kawalerki na bródnie, na pieluchy dla syna i na abonament premium na ipla.pl. dziewczyna zapomniała z czasem o swoim niewczesnym marzeniu zdobycia przestworzy. wyglądało to jak mała stabilizacja, a może nawet stagnacja, ale przełom nadszedł.

w klubie chwila pojawił się bardzo niski rzeźbiarz, abstrakcjonista mariusz, który składając zamówienie powiedział barmanowi, żeby dał dziewczynie przy tosterze tę oto kulkę zmiętego papieru toaletowego i przekazał pozdrowienia od bardzo niskiego rzeźbiarza siedzącego przy stoliku o fajansowym blacie - tam w rogu.

ewelinie bardzo spodobał się prezent i pozdrowienia, podeszła do mariusza i pocałowała go w usta. on od razu się w niej zakochał i powiedział, że zrobi jeszcze dwie kulki z papieru toaletowego, ale tym razem zaniesie je do galerii, a za pieniądze ze sprzedaży pojadą na wakację, bo teraz są super bilety w ryanair - 50 złotych w obie strony do dortmundu, więc jak można nie skorzystać.

ewelina w tym momencie również się w mariuszu zakochała i przypomniała sobie o swoim niewczesnym marzeniu zostania królową przestworzy.

do samolotu wsiedli jako pierwsi, bo kulki z galerii sprzedały się świetnie, więc mariusz mógł wykupić klasę o podwyższonym standardzie, bez kolejki w check-inie i z darmową colą zero na pokładzie podawaną przez stewardessę aldonę w try miga. ewelina usiadła przy oknie, ale tuż przed startem pewien jegomość o wyglądzie biznesmena poprosił ją, by się z nim zamieniła, gdyż on uzależniony jest od obserwowania przez okno, jak billboard z jackiem wójcickim stojący przy lotnisku robi się mniejszy i mniejszy. zgodziła się, a on się przedstawił. okazało się, że jest to prezes ryanaira. rozmowa szybko zeszła na temat infografiki, której brakowało w samolocie. prezes w pewnym momencie powiedział:

"słuchaj, wiem, że właśnie zaczynasz wakacje ze swoim chłopakiem, ale może zechciałabyś zostać twarzą infografiki linii lotniczych ryanair? dałbym ci za to milion euro i pozłacany wazon z płaskorzeźbą przedstawiającą apollina jadącego rowerem bez przerzutek po wertepach".

ewelina przystała na tę propozycję.

niestety, po wykonanej robocie i otrzymaniu zapłaty gdzieś się ulotniła. nic nie powiedziała mariuszowi. po prostu zabrała syna i kasę, po czym znikła. po mieście chodziły plotki o jej romansie z moniką richardson. mówiło się też, że ukrywa się na lotnisku w rosji. albo że kupiła stary dom na mazurach i zaczęła hodować miłorzębie wespół z kudłatymi kucharzami na diecie, z których kocha tylko jednego, a drugi po prostu świetnie gotuje.



są to tylko plotki, dlatego nie ma sensu się nimi zajmować. opowiedzieliśmy wam o ewelinie, jaką znaliśmy. niepozornej na pierwszy rzut oka, nietuzinkowej na drugi, mającej dużo pieprzyków na plecach na trzeci.
15:05, ljoekelsoey
Link Komentarze (3) »
wtorek, 03 września 2013
ogrody bez ogródek
wchodzi sobie człowiek na peron stacji metra ratusz arsenał. nie doszedł nawet jeszcze do siebie po tym jak dowiedział się kilka tygodni temu o istnieniu podwarszawskiej wsi klaudyn, nie mówiąc już o tym, że musi do tego klaudyna teraz jechać, a tu nagle takie coś:



ponieważ telefon nie podołał, oświetlenie było niepewne a fotograf jechał do klaudyna, zdjęcie tego bilboardu osiedla bluszczańska ogrody nie jest ostre. niestety na stronie internetowej wita nas bardzo podobna reklama. ta już wystarczająco ostra, dziękuję.













świat się kończy na osiedlu bluszczańska ogrody.
sobota, 13 lipca 2013
końca nie widać
co tu mówić, sami wiecie jak jest. czasem ktoś spotyka bestsellerowych francuskich pisarzy i ich zjawiskowo piękne kobiety a ktoś inny wydaje własną książkę, która wbrew pozorom nie jest w ogóle o jeffie goldblumie, a szkoda. a wy siedzicie w domu i oglądacie na youtube teledysk kottonmouth kings do piosenki pod tytułem "bump".



a tekst na twojego bloga, którego bardzo zaniedbujesz ale przestałeś mieć w związku z tym wyrzuty sumienia jakoś na wysokości momentu gdy zacząłeś się źle czuć podczas zmian pogody, sam się nie napisze.

kiedy już jednak przypomnisz sobie o istnieniu kottonmouth kings i ich teledysków, których nie widziałeś od czasów liceum, ciężko jest oprzeć się odświeżeniu sobie "bump" - być może najgorszego mainstreamowego połączenia hip hopu z gitarami a nawet najgorszego mainstreamowego połączenia gitar z czymkolwiek odkąd zespół yokashin połączył gitarę z sekcją smyczkową na goło.



w teledysku do "bump" jest coś co budzi niepokój. trudno sprecyzować o co chodzi, choć być może jest to znacznie przekraczające średnią nagromadzenie w jednym miejscu postaci, których nigdy nie chciałbym poznać. w ramach kontynuowania wątpliwego spędzania wolnego czasu postanowiłem policzyć ilu bohaterów tego klipu wygląda mi na kogoś, kto, gdyby był rysownikiem komiksowym, bardzo nonszalancko podchodziłby do rysowania stóp. wyszło mi 6.

w teledysku yokashina też jest coś co budzi niepokój, ale jest to o wiele łatwiejsze do zdiagnozowania - białe dżinsy.

białe dżinsy i pośrednio fakt, że kiedyś do mainstreamu należał artur orzech.

najbardziej niepokojące jest jednak to, iż ten oto tekst, w chwili gdy piszę te słowa, liczy sobie już już około ośmiu miesięcy. niestety lekkie pióro czasem ma to do siebie, że ulatuje przy najmniejszych powiewach. a powiewa nam ostatnio niebezpiecznie często. i zwisa. istnieje więc niebezpieczeństwo, że rozpoczęte właśnie zdanie doczeka się finału już w innej rzeczywistości. na przykład w czasie pisania ostatniego zdania czwartego akapitu zmieniliśmy papieża a angelina jolie straciła piersi, co dość dobitnie pokazuje, że życie się rozciąga. w przypadku walki z rakiem to dobra nowina, w przypadku prób udokumentowania owego życia już gorsza, bo zmusza do chodzenia wspak. zwłaszcza, że w parze z tymi zdaniami rozciągniętymi w czasie do rozmiarów empire state building nie idzie wena king konga. na pewno znalezienie skojarzenia pomiędzy kiepskim castingiem do raprockowego klipu z końca poprzedniego wieku i kiepskim warsztatem rysowniczym nie było warte mass-tektomii.

my też w ostatnich miesiącach przeszliśmy operację. odcięliśmy parę pępowin. nauczyliśmy się też jednak nowych węzłów. węzłów nie jest może dużo, ale jakoś płyniemy.

dokąd? cóż - jak do tej pory wszędzie poza końcem tego tekstu. liczymy jednak, że uda nam się tam dodryfować. nasze sterane stery nie kręcą może się już tak sprawnie i tak w ogóle nie kręcą także, ale fajnie czasem złapać je w ręce. i chociaż ukierunkować je na norwegię zamieszkaną przez pewnego bobasa, który dawno już bobasem nie jest ale wciąż się głupio nazywa.

nadal myślimy ciepło o sokratesku.

ej, no bo weźcie, taka sytuacja: nagle przypomina ci się melodia z gry nhl 99 i dowiadujesz się, że nie jest ona bezimienną kompozycją stworzoną na potrzeby wirtualnego bodiczkowania, że się nazywa, a nawet co się zowie.



i komu mielibyśmy opowiedzieć tę zupełnie nieważną historię jeśli nie sokrateskowi (szkoda, tylko że przypomniała nam się ona już po tym jak opowiedzieliśmy mu o "bump")? a co jeśli nagle zapragniemy zobaczyć jak to jest jak kuba strzyczkowski wkłada blinę w oczodół bożeny targosz?



no właśnie.

targosz, wąpierz, mokosz, karta wiły. mateja kezman. ten moment gdy gitarzyści ekstremalnych zespołów grających techniczny metal nazywają córki imionami z piosenek disco polo, a ty uświadamiasz sobie, że nigdy nie nazwiesz swojego syna bo każde imię kojarzy ci się z jakimś bucem albo bohaterem "trudnych spraw". lęk przed fabrycznie zapakowanym smartfonem w szafie jako sposób na rzucenie palenia. hardkor z arystokratycznymi korzeniami. pan kubiciel. pan samogi. zastępowanie życia scenkami odgrywanymi przez ludziki g.i. joe przepuszczonymi przez filtry mobilnych programów graficznych. żmije, żaby, znów ten wąpierz. niedzielne myślenie lateralne indyków i sobotnie dekapitacje źle wyważonymi drzwiami. interesy, które im bardziej rozkręcone tym mniej trzymają się kupy. oferty last minute na autokarowe wycieczki zupełnie nowymi drogami na całe życie do zielonki. "korfanty" jako idealne określenie wszystkich stanów emocjonalnych zawartych między smutkiem i radością.

fajnie móc sobie to wszystko zanotować.

bądźmy szczerzy - nie wiemy co dalej. może nawet ten tekst miał nigdy nie powstać i być w ten sposób idealnym zakończeniem dla tego bloga, który miał być tak naprawdę blogiem o krzyżakach? moglibyśmy pisać go do końca świata, ciągle odkładając decyzję o ostatecznym zarzuceniu tego projektu, od którego wszystko się zaczęło. ale co tam. raz się żyje. trzeba wziąć w garść siebie oraz wróbla i kończyć ten tekst.

wąpierz.
12:51, ljoekelsoey , syny moje!
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 października 2012
rosyjskie perypetie reklamy lipton z brosnanem
z pozoru zwyczajna reklama zdobi aktualnie wiele przystanków autobusowych na ulicach moskwy, petersburga i bałaszychy. pozorami tymi są: sfotoszopowana sylwetka znanego aktora, standardowy uchwyt szklanki z reklamowanym napojem, oparcie krzesła z czasów wiktoriańskich oraz fragment obrazu przedstawiającego kobietę, która gdyby mogła, rzuciłaby wszystko i wyjechała do frankfurtu na targi książki. pozory jednak w tym przypadku są tylko pozorami, rzeczywistość okazuje się znacznie ciekawsza.



pierwsze problemy pojawiły się już na wstępie. pierce brosnan wielokrotnie w wywiadach mówił, że w trakcie kręcenia filmów o bondzie najbardziej bał się scen, w których występują torebki z herbatą i kożuchy z mleka, dlatego o podpisaniu kontraktu z liptonem nie mogło być mowy do czasu, aż firma zapewniła mu kaskadera do ujęć z torebkami.

kontrakt podpisano w obecności sprzyjających liptonowi mediów, na ruchomych schodach stacji metra "park pobiedy" w moskwie. po godzinnej konferencji prasowej, podczas której aktor opowiadał dowcipy z dziedziny parzenia herbaty w różnych dziwnych miejscach oraz słynny dowcip o izabeli scorupco jedzącej canapcę na kucący, długaśne schody nareszcie zawiodły zgromadzonych na peron. tam brosnan miał jeszcze dokonać symbolicznego otwarcia pudełka zawierającego najdłuższe liście herbaciane świata, w kształcie poręczy schodów stacji "park pobiedy", ale przeszkodzili mu demonstranci, w sposób obsceniczny pijący yerba mate i prowokacyjnie podchodzący do krawędzi peronu. pierce obawiając się ostrzału z torebek herbaty, wskoczył na dach nadjeżdżającego pociągu, by oddalić się w nieznanym kierunku, a już chwilę później napisać na twitterze "chciałem uspokoić fanów - jestem bezpieczny" i opatrzyć ten wpis zdjęciem.



na tym incydencie problemy związane z realizacją produkcji wcale się nie skończyły. na kaskadera występującego zamiast brosnana w ujęciach z torebkami herbaty wyznaczono anitę lipnicką, a pierce już podczas kręcenia filmów o bondzie przyznawał, że oprócz torebek herbaty i kożucha na mleku strasznie boi się piosenki "zabij mnie" zespołu varius manx, którą nazywał wówczas najbardziej niezbitym dowodem na to, że robert janson nie wyzbył się skłonności do popadania w spleen w klimacie wczesnego micińskiego, słyszany już na wcześniejszych płytach, przed elfem. na domiar złego za każdym razem, kiedy anita lipnicka wyśpiewywała słowa "pasjans wychodzi wciąż na nie", pierce'owi brosnanowi żółknął kciuk prawej ręki, jakby palił jednego za drugim, a przecież nie palił.

te wszystkie problemy oczywiście spadły na grafika, który ze zdjęcia wykonanego podczas sesji musiał wydobyć pierce'a brosnana trzymającego ręką bez kciuka szklankę herbaty, siedzącego na wiktoriańskim krześle obok obrazu przedstawiającego kobietę, która gdyby mogła, rzuciłaby wszystko i wyjechała do frankfurtu na targi książki. przyznacie, zadanie niełatwe, zwłaszcza że anicie wszystko się pokićkało i zamiast szklanki, chwyciła za kubek.



gdy prace nad reklamą miały się ku końcowi, po moskwie rozeszła się wieść, że w tule, stolicy samowarów, stara kozłowskaja handluje herbatą sagą z ordynarnie domalowanym markerem logiem liptona. klientów zachęca do zakupu oferując gratisowo płytę ze zdjęciami z sesji brosnana - w tym fotografię, na której pierce strasznie krzywi się na słońcu jedząc chipsy o smaku ikry i coś tam sobie myśli o słowie "ochędożyć". służby porządkowe w całym kraju zostały postawione w stan najwyższej gotowości, w ważniejszych punktach miast ustawiono specjalne bramki służące wykrywaniu sagi w termosach i już kilka dni później wszyscy piraci zostali wyłapani.



na koniec lipton musiał stoczyć walkę o miejsca reklamowe na przystankach, na które ostrzył sobie zęby również wydawca nowego tomiku poetyckiego iwana z kujbyszewa pod tytułem "nie czas i miejsce na porcjowanie tarty z dynią". cena powierzchni reklamowej znacznie w związku z tym poszła w górę, w związku z czym anita lipnicka dostała za swoją pracę w roli kaskadera jakieś nędzne kopiejki. opuszczała rosję trzaskając paszportem o posadzkę lotniska szeremietiewo, rzucając pod nosem frazesy typu "wszystko się może zdarzyć" i wspominając czasy wielkiej smuty.

pierce brosnan tymczasem zaszył się w chimkach, gdzie ogląda w kółko zwiastun bitwy pod wiedniem a w wolnych chwilach jest cheerleaderką miejscowej drużyny koszykarskiej.


wtorek, 21 sierpnia 2012
wywczas, a jak myślisz?
raz na jakiś czas staramy się odświeżyć/wtórnie przedstawić wam postaci z zamierzchłych sokratejskich czasów. nasz dzieciak ma już ponad sześć lat, a liczba cioć i wujków wciąż rośnie. każdy z bohaterów tego bloga ma prawo przypomnieć o sobie - dziś to prawo zostało przyznane czterem bohaterom, którzy opowiedzą o życiu, o parapopie i o kończących się właśnie wakacjach.

- duch taylor z mody na sukces.



wakacje spędziłem w kongo, ale nie myślcie sobie, już nie spotykam się z krótko ostrzyżonymi po bokach, skąpo ubranymi przywódcami krajów trzeciego świata. dojrzałem, zmniejszyłem usta i pauzę między "no" a "po prostu", roztyłem się po dzieciach zrobionych mi przez przywódców krajów trzeciego świata i zacząłem walczyć z przywódcami trzeciego świata - o alimenty, prawa człowieka i o obowiązek zakrywania twarzy przez arabów, którzy mają nazbyt uwydatnione kości żuchwy. walczę też z nokią, by nie przyjaźniła się z przywódcami trzeciego świata. uświadomiłem sobie, że za każdym razem, kiedy wykręcam numer dikembe mutombo, chcąc nie chcąc sprowadzam cenne surowce z kongijskich kopalń okupione pracą kongijskich milusińskich. nie chcę tego robić, dlatego z mutombo rozmawiam tylko przez skype'a i tylko za pomocą mojego różowego macbooka, który nie zawiera kongijskich rud żelaza - a z nokią walczę codziennie spamując im oficjalną skrzynkę najnowszymi garniturami firmy pawo oraz apple'owskim newsletterem dotyczącym przyborów szkolnych. wakacje w kongo upłynęły mi na opalaniu się i organizowaniu związków zawodowych w tamtejszych kopalniach.

- r. kelly z goeteborga. nie utrzymałem się w batmanowym przemyśle muzycznym. teraz nagrywam wyłącznie dla paraolimpijczyków, o paraolimpijczykach i z paraolimpijczykami reprezentującymi sporty walki oprócz floretu drużynowego. jak się domyślacie, w trakcie wakacji zajmowałem się szeroko pojętą twórczością paraolimpijską zwaną parapopem, skomponowałem hymn paraolimpijski pod tytułem "dumka na trzy ręce, oo o o o" oraz psałterz paraolimpijski z motywami legionowo-petrarkowskimi dla bardziej wymagających, starszych paraolimpijczyków startujących w sportach walki oprócz floretu. zrobiłem też dżingiel, który miał zwiastować bloczki reklamowe podczas igrzysk, ale okazało się, że reklamodawcy podczas igrzysk będą puszczać swoje bloczki raczej w okolicach retransmisji z pielgrzymek apostolskich papieża golloba w tarnowskie góry. poznałem też dziewczynę - ingrid - paraolimpijkę z goeteborga, jedyną osobę, która wciąż jara się moim pierwszym teledyskiem, a ujęcie dworca autobusowego z podkręconym kontrastem uważa za jeden z najważniejszych momentów w historii kina.



- jelito grube piotra rubika paweł. moje wakacje? cóż, odkąd skończyły się pieniądze zarobione na zwycięstwie w konkursie "mister organ wewnętrzny piotra rubika", odkąd skończyły się pieniądze z kampanii reklamowej no-spy, w której miałem gwiazdorską gażę, moje wakacje nie są już ekskluzywne. zamiast wakacji w grecji w sezonie, latam na wakacje w grecji last minute i pije darmowe drinki z humanistami, którzy nie pracują w swoim zawodzie.

próbowałem wrócić do show-biznesu, ale ani nagłówek "beata maksymow z nowym facetem, fantastyczne fotki" ani nagłówek "magda gessler jest gruba jak jelito" nie okazały się na tyle nośne, na tyle klikalne, by dzięki nim plotek i pudelek zrobiły ze mnie feniksa z popiołów. oczywiście jest nadzieja. razem z gabrielem fleszarem i tomaszem żółtko mamy zamiar założyć punkowy zespół bunt dwunastnicy i zacząć koncertować w kościołach domagając się od bogurodzicy przegonienia z kraju jacka wójcickiego.

- stary lokaj józef z macek szczęścia. wszyscy myśleli, że umrę w drugim odcinku, a ja przeżyłem serial, przeżyłem johna forsythe'a i rozpocząłem studia z grafiki komputerowej. wakacje spędziłem robiąc kreskówki na programie flash 8.



23:44, ljoekelsoey , syny moje!
Link Komentarze (2) »
środa, 08 sierpnia 2012
taki tekst trochę o niczym, chociaż jak się chwilę zastanowić, to jest sporo o niestandardowych rysach twarzy
chcielibyśmy sami odkryć poniższy klip w odmętach internetu, a tak możemy sobie tylko przypisać odkrycie w odmętach internetu linków do oglądania w technologii strumieniowej nowych odcinków family guya, którego autorzy, w jednym z nich, pytali o to jak ludzkość mogła pozwolić na zarejestrowanie takiego spotkania:



my też zadajemy sobie to pytanie, ale z drugiej strony zazdrościmy. bo takie spotkania, których później nijak nie da się wytłumaczyć, ani przeliterować, ani odmienić, także przez przypadki, to fajna sprawa. tańczenie na ulicach nie jest może w naszym stylu, tym bardziej garderoby jaggera i bowiego (jeśli w ogóle istnieje jakiś styl, który je zawiera), ale z ideą dwóch facetów robiących dziwne rzeczy w przypadkowych miejscach  identyfikujemy się tak jak dowodami osobistymi. problem polega na tym, że zarówno idee jak i dowody przyszło nam sobie wyrabiać w czasach, gdy w gruncie rzeczy wyrabiać się nie musieliśmy. dziś wyjście na ulicę, żeby potańczyć, albo przynajmniej wywalić się na jej środku po pijaku z plecakiem zawierającym zestaw do gry w bule przychodzi nam tak ciężko jak niosło się ten zestaw do gry w bule w plecaku. czy nam tego szkoda? tak, ale wszystkie rachunki sumienia opiewają na niewygórowane kwoty. dodatkowo, to nie jest tak, że my nie mamy co opiewać, nawet jeśli niekoniecznie przekłada się to na zawartość bloga o dwóch facetach robiących dziwne rzeczy w przypadkowych miejscach.



a skoro już żyjemy w mniej anegdotycznych czasach, to skorzystamy z okazji, żeby zameldować co u nas. ano różnie. z agresywnych gimnazjalistów staliśmy się spolegliwymi bezrobotnymi. mamy problemy z błędnikiem jak i ze znalezieniem odpowiedniego momentu, żeby użyć antidralu, a także by wysyłać i odebrać smsa. uczymy się obsługi programów graficznych żeby dodać światu nieco więcej niebieskiego lub czarnego, nałożyć na niego filtr sepiowy albo najlepiej nie robić z tą wiedzą na temat obsługi programów graficznych zupełnie nic. przeżywamy fascynację słowem "dakota", zbieramy łebery i postumenty do umywalek firmy cersanit. powiększyliśmy także znacznie nasze osobiste kolekcje produktów marki nike i adidas. graliśmy nawet w kosza. żyje się. może nie tańczymy już na ulicach różnych państw, ale david bowie pewnie już też nie chodzi po mieście w płaszczu narzuconym na pidżamę. czasem wydaje nam się przeszkodą w prowadzeniu tego bloga fakt, że ostatnio nasze łowienie sokratejskich motywów jest trochę łowieniem na denata, ale niedawno, podczas odwiedzania miejsca, w którym ponad 10 lat temu urządziliśmy sobie biwak i cały dzień poświęciliśmy na rzeźbienie wielkiego fallusa, dowiedzieliśmy się, że na denata podobno biorą. przynajmniej zawsze możemy się cieszyć, że, w przeciwieństwie do jaggera i bowiego, nie mamy żadnej dokumentacji z całodziennego rzeźbienia wielkiego fallusa.

tymczasem silos kiszonej kapusty widziano na żuchwie rosyjskiej skoczkini w dal.



22:50, ljoekelsoey , syny moje!
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lipca 2012
przygody z machefim i zapomnianymi spikerkami telewizyjnymi z początku lat 90.


iwona kubicz skończyła właśnie kolejną zapowiedź programu dwójki. była z siebie bardzo zadowolona, ponieważ znów udało się swój spikerski obowiązek wykonać niesamowicie drętwo. nie od dziś bowiem wiadomo, że gdyby iwona kubicz choć raz wyluzowała na wizji i nie mówiła głosem, od którego słuchania można było dostać zadyszki, oznaczałoby to zagładę wszystkich mieszkańców supraśla na różne tragiczne sposoby, z dekapitacją marabutem i weekendową wizytą w ciechanowie na czele.



- hmm - pomyślała iwona kubicz popijając herbatę w kafejce budynku na woronicza i kartkując znaleziony na swoim stoliku egzemplarz opracowania prezentującego grupę roślin należących do rodzin wiechlinowatych, sitowatych i ciborowatych pod tytułem "trawy turzyce sity kosmatki" - ale bym sobie obejrzała jakiś odcinek "nowych przygód he-mana", najlepiej ten, w którym w pewnym momencie wydawało się, że he-man zginął.
- a jesteś pewna, że był taki odcinek? - odezwał się nagle w głowie iwony kubicz jakiś głos. iwona kubicz rozejrzała się po kafejce, ale była w niej sama nie licząc stojącego za barem kelnera wyglądającego trochę jak ten piąty koleś z take that, którego nikt nie pamięta.



- to mówię ja, machefi - odezwał się ponownie głos - ma-che-fi, czyli matematyka, chemia i fizyka - jesteś blisko rozwiązania tej zagadki, pomyśl tylko... czy jesteś pewna, że był taki odcinek "nowych przygód he-mana", w którym he-mana uznano za zmarłego?
iwona kubicz natychmiast dopiła herbatę i pobiegła do swojego komputera. zaczęła przeglądać wikipedię, strony fanów he-mana i amerykańskie serwisy archiwizujące informacje o wszystkich serialach telewizyjnych. obejrzała nawet kilka odcinków "nowych przygód he-mana" na youtube. niestety żaden z opisów odcinków, ani nic co zobaczyła na własne oczy nie przybliżyło jej do odnalezienia odcinka, w którym he-man był uważany za zmarłego. i nagle ją olśniło! rzeczywiście nie była pewna, że był taki odcinek!
- tak, iwona kubicz nie może być tego pewna! to ja wam mówię, machefi. ten sam machefi, który podsunął iwonie kubicz rozwiązanie. dlaczego? po prostu dlatego, że "nowe przygody he-mana" telewizja pokazywała dawno temu i mało kto już pamięta dokładnie ich treść. poza tym możliwe, że to nie he-man zginął tylko kapitan planeta, w innej popularnej wtedy bajce. no i co najważniejsze, taboret na trzech nogach na którym iwona kubicz piła herbatę w kafejce nie mógł się kiwać, ponieważ trzy punkty dowolnie rozmieszczone w przestrzeni zawsze będą leżały w jednej płaszczyźnie!

***

dorota szpetkowska postanowiła założyć bloga. odkąd przestała pojawiać się regularnie na antenie, brakowało jej bowiem dzielenia się swoimi zainteresowaniami z szeroko pojętą widownią.



problem pojawił się jednak z wyborem motywu przewodniego dla bloga - dorota szpetkowska była bowiem zdania, że zakładanie internetowych pamiętników to przeżytek i dziś o wiele lepiej sprawdzają się blogi tematyczne. jej pierwszym, najbardziej naturalnym pomysłem był blog o ciekawych filmach amerykańskich, doszła jednak do wniosku że bez studiów na kulturoznastwie i reżyserii nie będzie w stanie oddać sprawiedliwości swojej wielkiej miłości. potem był pomysł na bloga o krokietach z mięsem jednak gdy dowiedziała się, że jej kolega nie lubi krokietów z mięsem przestraszyła się zbytniej niszowości swojego pomysłu. potem były jeszcze niezrealizowane pomysły na blog ze zdjęciami ludzi w wiktoriańskich fryzurach składających meble z ikei, blog o albańskich bransoletkach pobrudzonych serkiem mascarpone, blog o kocimiętce czy blog z erotycznymi opowiadaniami, których główną bohaterką była spłodzona za starą cegielnią gdzieś na mazowszu córka miejscowej introligatorki i potężnego transformera galvatrona.
- chyba nigdy nie założę tego bloga! - zaczęła lamentować dorota szpetkowska.
- nie mów tak! - powiedział machefi. - jesteś już tak blisko...
- blisko? mój każdy kolejny pomysł jest gorszy od poprzedniego! musisz mi pomóc machefi!
- wcale nie muszę. - odparł spokojnie machefi. - sama doskonale sobie poradzisz, przecież byłaś niezła z chemii...
dorota szpetkowska zamyśliła się, a po chwili wykrzyknęła:
- ależ oczywiście! jak mogłam na to nie wpaść wcześniej! dziękuję machefi!
- nie ma za co. - rzekł uśmiechnięty machefi i oddalił się w poszukiwaniu kolejnych przygód zostawiając dorotę szpetkowską oddaną bez reszty pisaniu pierwszej notki na swojego bloga o różnych sposobach w jakie zeloci mogli wykorzystać alkilobenzenosulfonian sodu gdyby przyszło im walczyć z agresywną krzyżówką warana z komodo z robertem amirianem.

***

płomień zapalniczki oświetlił twarz postaci stojącej za kioskiem ruchu na osiedlu dawidy poduchowne na warszawskim ursynowie. na tej twarzy wyraźnie zaczynało malować się zniecierpliwienie, choć ciężko było to z niej wyczytać - mało kto bowiem potrafił dostrzec jakiekolwiek ludzkie uczuci na twarzy kalana mar-fena.



kalan zaśmiecał trawnik na dawidach poduchownych kolejnymi niedopałkami papierosa ponieważ od godziny czekał na spotkanie ze spikerką tvp, anną szulc. anna poprosiła go o pomoc ponieważ szukała czegoś co wyróżniłoby ją z grona prezenterek telewizyjnych początku lat 90., a nikt nie nadawał się do pomocy w tej kwestii lepiej niż kalan, który za przełomowe dla historii telewizji pomysły bywał wielokrotnie nagradzany, w tym sokratesami i darmowymi biletami na koncerty w klubie no mercy. kalan gniótł właśnie kulkę w filtrze swojego papierosa (kalan nigdy by się nie spodziewał, że nałóg papierosowy może zyskać nowy manualny wymiar) gdy w otaczającej go ciemności ktoś chrząknął. okazało się, że to krzysztof wakuliński wracający prosto ze zdjęć do filmu "śluby rycerskie".



dopiero następne chrząkniecie należało do anny szulc, ubranej na szczęście nieco mniej wyzywająco.
- witaj kalanie. przepraszam, że musiałeś tyle czekać. przejdę od razu do rzeczy - chciałabym poznać sposób na to, aby recytowany przeze mnie program telewizyjny brzmiał mniej siermiężnie, żeby tytuł reportażu o brodnickim piekarzu i społeczniku był bardziej poetycki...
- to proste anno szulc. wystarczy, że każdą pozycję programu zawierającą w nazwie znane porzekadło skrócisz o połowę. musisz, dajmy na to, zapowiedzieć coś pod tytułem "gdzie diabeł nie może, tam babę pośle" - mówisz wtedy tylko "gdzie diabeł nie może" a widz zostaje wgnieciony w fotel zbudowanym w ten sposób napięciem. jeśli coś nazywa się "będą takie mrozy, że przymarznie cap do kozy", ty mówisz "będą takie mrozy". "uderz w stół", "za króla olbrachta", "gdy na św. barbarę gęś chodzi po lodzie" i tak dalej. po takim zabiegu ludzie zostaną przed telewizorami, nawet jeśli pozostałe pozycje programu to koncert na rzecz bośni, historia wimbledonu i francuski dokument o trądzie.
- dziękuję za radę kalanie, spróbuję...



gdy kalana pochłonął mrok otulający dawidy poduchowne, anna szulc zajęła jego miejsce na tyłach kiosku i wyciągnęła papierosa. bo umówiła się tu nie tylko z kalanem i nie tylko ona się dziś spóźnia. anna szulc była bowiem na tropie, oprócz nowej jakości wśród spikerek telewizyjnych, sprawców porwania profesora tkacza. pięć kliknięć kulki z mentolowym płynem później, anna usłyszała głos machefiego.
- wzory ukryte w scyzoryku bena. bandyta clark.
- ha! od początku clark wydał mi się podejrzany. jak to mawiają: na złodzieju.
machefi jednak nie podzielał entuzjazmu anny szulc. nie mógł jej bowiem powiedzieć najważniejszego - tajemnicy starej kuźni kulawego mateusza...

***

życie magdaleny kłaczyńskiej nie różniło się zbytnio od życia innych osób z nieco za dużymi oczami. wszędzie brano ją za przedszkolankę imieniem alicja, ale niezbyt ją to irytowało. na pewno mniej niż bandy pijanych handlowców w białych koszulach podrywających koleżanki na wyjazdach służbowych, wypadające warzywa z nadziewanych nimi plasterków polędwicy i obnoszenie się z posiadaniem roweru. lubiła za to odkrywać początkujących artystów, koniecznie duety mieszanej płci z dziewczyną na wokalu, zastanawiać się czemu nie ma duetów mieszanej płci z chłopakiem na wokalu, oglądać zdjęcia słodyczy i czytać sobie raz na jakiś czas skopiowaną do notatnika systemu windows korespondencję z przeróżnych grup dyskusyjnych, do których należała kiedyś na gronie. bycie spikerką tvp nigdy nie było dla niej spełnieniem zawodowych marzeń, zdawała sobie jednak sprawę, że z konstruowania ze zużytych blokerów antypotowych scen z filmu "orbitowanie bez cukru" ciężko wyżyć. a przecież trzeba jakoś żyć, nie każdy ma ten luksus by być sławomirem siejką.



może właśnie dlatego tak bardzo pociągali ją mężczyźni o ścisłych umysłach. oni z reguły nie tylko wiedzieli czego chcieli, ale znali dokładne prawdopodobieństwo osiągnięcia swoich celów. raz wyprowadzonych wzorów z reguły nie zmieniali, a fantazja ponosiła ich tylko podczas organizowania przyjęć urodzinowych w penthouse'ach na dwudziestym drugim piętrze wieżowców, które pomagali budować. na wakacjach zawsze robili sobie zdjęcia w popularnych wśród turystów miejscach stojąc na baczność, prawie w ogóle się nie uśmiechając, w myślach przypominając sobie wszystkie nabyte wiadomości o napięciu powierzchniowym cieczy. nie lali wody, nie ulatniali się wtedy gdy się ich najbardziej potrzebowało, twardo obstawali przy swoim. ich opowieści o wielkim zderzaczu hadronów czy bozonie higgsa brzmiały piękniej niż cała poezja tego świata. gdy nad jej uchem zaszeptał nagle machefi, magdalena kłaczyńska zadrżała.
- cześć kochanie...
16:50, ljoekelsoey , fristajla
Link Komentarze (4) »
sobota, 07 kwietnia 2012
inspektor tomek ś. na tropie peruki moniki b. wobec indolencji koronera pawła k. w wielką sobotę - kryminał

wielka sobota, przed północą. na parkingu pod biedronką stoi ledwie do połowy zatankowany paliwskiem, ale już wystarczająco wesoły, by zagadywać okoliczne facetki, turbo x5 mercedes super peżot.

- czego chcesz tym razem, peżot? - pyta barbie, gruba locha o oczach, jakby siatkówkę zdjął z wykidajły patryka strzegącego wejścia dla personelu w biedronce i jeszcze dwa razy pociągnął pędzlem. barbie ma nieopodal lux24hbar, ale już dawno w nim nie ma jedzenia, bo firma przynosiła straty i grozi jej plajta w te pędy.
- schabu ze śliwką, fileta z tołpygi, bejb - odpowiada turbo x5 mercedes super peżot, przyrodni brat rudolfa co się zowie angus tak naprawdę. w tle leci kuba ka, znany z tego, że nie odpowiada na maile od spamerek i miał swego czasu bardzo przyjemną rozmowę z bono, podczas której irlandczyk trzy razy użył sformułowania freedom dom dom dom



na hasło filet z tołpygi zbiegają się okoliczne koty, które próbują od barbie wyżebrać jakieś ochłapy, ale ani słowo filet, ani ochłapy, a zwłaszcza tołpyga nie mieszczą się w kocim słowniku, który jak wiadomo, należy do rodziny bantu, używany jest tylko w gabonie, kamerunie i kongu, a w 1971 roku liczba mówiących tym językiem wynosiła ok. 28 tysięcy.

na język kota przetłumaczono fragmenty biblii.

- czy wiedziałaś, że w międzywojniu rentgenem leczono choroby weneryczne? - pyta turbo x5 mercedes super peżot, ale barbie na niego nie zwraca uwagi. zajęta zmywaniem lakieru do paznokci ze swojej torebki, próbuje jednocześnie ułożyć kostkę rubika, w której każdy z kolorów jest innym odcieniem twarzy agaty paskudzkiej. oderwawszy wzrok, sztucznie podtrzymuje rozmowę pytaniem:
- a gdzie byłeś, gdy cię nie było?
- w toalecie - odpowiada żartem turbo x5 mercedes super peżot. wiadomo, że w toalecie nie był, bo toalety ani w biedronce nie ma, ani w lux24hbarze nie ma, ani nie ma jej w promieniu 1400 wiorst tak w ogóle po całości.

na horyzoncie pojawia się myśliwy, którego nazywają kozi włosi bez zmiękczenia w wygłosie. energicznym ruchem podchodzi do barbie i szepcze:
- coś mi tu nie gra. dlaczego turbo x5 mercedes super peżot nie je fileta z tołpygi? przecież to od razu naprowadza na niego trop śledczych.
- niby dlaczego? - protestuje peżot - przecież mam alibi.
- ale masz też motyw. spółkowałeś z denatką, gdy ta jeszcze żyła, patrzyła na świat przez różowe okulary, a perspektywy na przyszłość miała na poziomie piętra z fitness klubem zasobnym w salę do jogi epickiej w żaglowcu lebeskinda.
- i co? to motyw?
- przewodni!!! - krzyczy kozi włosi bez zmiękczenia w wygłosie. barbie w tym czasie kryje się z resztkami tołpygi za pobliskim bankomatem euronetu przeczuwając, że tutaj nie z jednego pieca będą kulom się kłaniać.
- bynajmniej - odpowiada peżot i proponuje ugodę wyciągając w kierunku oskarżyciela rękę ułożoną w taki kształt, który cień pobliskiej latarni czyni na asfalcie dwugłową pliszką.
- nic z tych rzeczy, za chwilę mi tu wyśpiewasz wszystko, łącznie z tym, dlaczego pozwoliłeś uprowadzić swojego pasierba.
- chyba przyrodniego brata?
- ha! mam cię. skąd wiedziałeś, że nie pasierba?
- bo nie mam pasierba, nie wiem nawet co to jest pasierb - czy tak się mówiło na ziomala w czasach dalajlamy dwunastego? mam tylko przyrodniego brata rudolfa, co się zowie angus. czy coś mu się stało?
- został uprowadzony.
- och! nie - mówi super peżot i strzela z dwururki, która mu została po sześciopaku. aż się okoliczne koty rozbiegły po okolicznych zakamarkach parkingu biedronki, a kuba ka przestaje śpiewać i w trybie natychmiastowym zapuszcza włosy.



barbie w tym czasie zauważa, że wykidajło patryk strasznie oblazł babim latem, więc ściąga z niego babie lato za pomocą lepkiego wałka firmy amway, który trzyma w puzderku.

nagle zaczyna płonąć pobliski kosz na śmieci.
- to już czwarty w tym miesiącu - cedzi kozi włosi bez zmiękczenia w wygłosie. i spluwa na ziemię tyle co kot napłakał.
- podejrzewasz seryjnego podpalacza koszy na śmieci?
- nie tym razem. jest wielka sobota. seryjny podpalacz koszy na śmieci podpala kosze na śmieci tylko w okresie adwentu i siedemdziesiątnicy. to robota kogoś, kto chce, żebyśmy myśleli, że to seryjny podpalacz koszy na śmieci. bardzo mizerny naśladowca.

- słuchaj. może i jestem byłym nałożnikiem denatki, ale pozwolić uprowadzić swojego przyrodniego brata? masz mnie za potwora, kozi włosi - mówi peżot i strzela focha na cały świat.
- wierzę ci. gdybyś kłamał, wyczułbym to. ale uważaj peżot, śledczy są tuż tuż.

- a właściwie czemu ty tak bardzo chcesz znaleźć przyrodniego brata peżota. przecież to straszne ladaco. gdy go widziałam ostatnio, słał kuksańca starej kozłowskiej.
- bo wierzę, że ten chłopak może zrobić wiele dla tego miasta. ma talent.
- niby jaki??? - dopytuje dalej zaciekawiona barbie.
- robi świetną mokkę oraz zna cartera.
- też znam cartera - obrusza się turbo x5 mercedes super peżot, który jest bliski odwrócenia się na pięcie i pójścia na chatę.
- znanie cartera na facebooku się nie liczy, on przyjmuje wszystkich do znajomych, nawet grubego pietruszyckiego przyjął, choć ten jeszcze nie ma osi czasu - protestuje kozi włosi.

zapada cisza. gdzieś w oddali słychać dźwięk wyjmowanych nie po kolei naczyń ze zmywarki i wiertarki bez udaru próbującej sforsować wielkopłytowe ściany.

- miałem kiedyś sen - szepcze peżot - staliśmy tutaj razem i czekaliśmy, aż nas pojmają...
- chyba pojmią.
- no. śledczy. ale nic się nie działo. staliśmy tak bardzo długo. w międzyczasie biedronka zmieniła nazwę na tesco, w tesco skończyło się whiskey grand 43 złote za 0.7, a kasjerka z wąsami wydała za żonę syna patryka, wykidajłę.
- też to zauważyłem, kasjerki częściej mają wąsy, niż niekasjerki - wtrącił ponownie kozi włosi.
- staliśmy tutaj bardzo długo. i w tę noc, taką jak ta dzisiaj, nikt do nas nie przyszedł, choć liczyliśmy, że jeśli nie odnajdzie się angus, to przynajmniej nas aresztują za porwanie angusa, albo będziemy mogli donieść na siebie nawzajem w sprawie tego porwania. nic się nie wydarzyło. barbie nie zszedł lakier z torebki, mi nie weszła tołpyga, a kuba ka poszedł w kazamaty na autoreversie. ty natomiast, kozi włosi, zabiłeś kota.

(śpiewają razem)
- ciiiicha noc święęęęęta nocccc.

02:37, ljoekelsoey
Link Komentarze (4) »
środa, 08 lutego 2012
zaginione arcydzieła: naklejka z płyty meliny mercouri feat. szczepcio i tońcio "twarz czarownicy trzymającej dwie karty asy"
płyta została wydana w 10 winylowych egzemplarzach, z czego tylko jeden przetrwał stalinowską zawieruchę i w niemal kompletnym stanie (bez naklejki wypełniającej środek płyty) zachował się do naszych czasów. ostatnio odkryła go w pawlaczu XIX-wiecznego dworku hrabina karolina, która zawsze liczyła na wypasiony salon łazienkowy, ale się przeliczyła zakupiwszy drogą armaturę do pary wodnej znanego producenta.

płyta powstała prawdopodobnie w 1947 roku, kiedy młoda piosenkarka podjęła drugą próbę nadania swojej karierze rangi międzynarodowej. pierwsza próba wiązała się ze wstawieniem ikonki sikającego chłopca - symbolu brukseli - w miejsce litery m w imieniu i nazwisku. brak natomiast danych na temat motywacji słynnych lwowskich baciarów. być może szczepcio i tońcio zrobili to dla hecy, co trochę potwierdza tytuł pierwszej piosenki:

skappadabarudibidurabarudibidu

muzyka zarejestrowana na longplayu wykracza poza szeroko pojętą ludyczność i raczej jest bliska koneserom kutii bez rodzynek i urody gadget hackwrench, jak również bliska uszom w typie uszu gadget hackwrench.



my jednak chcielibyśmy skupić się na zaginionej naklejce. nie ma dowodów, że wyglądała tak, jak zapamiętali ją ostatni żyjący świadkowie. ale musimy zawierzyć trzem osobom, którym za chwilę oddamy głos. z tego trójgłosu sami stworzymy sobie jeden obraz zaginionego arcydzieła.

pan henryk z łucka: 
melina mercouri feat. szczepcio i tońcio... ehh, to była wspaniała rzecz, dałbym wiele, by jeszcze raz zobaczyć jak ta naklejka pracuje ze światłem z żarówki 40-watowej w kloszu w kształcie kiści bobu. mam wrażenie, że to pierwszy raz, kiedy zastosowano hologram. gdy patrzyło się na naklejkę pod kątem 90 stopni, można było przeczytać coś jakby notatkę "sprawdzić na jakiej wysokości musi być gniazdko od lodówki". gdy hologram się trochę odchyliło w którąś ze stron, pojawiała się panorama racławicka i herb as romy. tło naklejki to był chyba żółty wpadający w żółty neapolitański. tak to zapamiętałem.

pani eugenia chcąca zachować anonimowość:

zalałam sąsiadom z dołu realność i byłam wściekła, że do tego doszło akurat w momencie, kiedy mój wnuk, późniejszy były szef gromu, wywalił choinkę i zbił wszystkie bombki, nawet tę latarenkę świętego jana, którą przechowywaliśmy od pokoleń w puzderku z wygrawerowanym napisem "belka". nie mogłam się rozerwać, dlatego sprzątanie zbitych ozdób odłożyłam na później i zeszłam do sąsiadów zobaczyć, jakie mają straty. gdy do nich weszłam, na szafce w przedpokoju leżała płyta meliny mercouri feat. szczepcio i tońcio. nie miałam za dużo czasu na przyglądanie się jej, bo to mieszkanie zalane, a wnuk został sam w domu z tą jego iskrą w oku i żywym srebrem na podłodze. co do naklejki, jestem tylko pewna, że była śliska i miała napis "the very best of gródek". 

pan atanazy z warszawy:
jeśli pamiętacie państwo podkładkę od piwa eb, to ta naklejka była identyczna, tylko okrągła i pachniała winem, przez chwilę. miałem tę płytę w rękach tylko raz. moja ówczesna przyjaciółka dorota słuchała tego godzinami, a jak już wyjęła z gramofonu, od razu zalaliśmy ją czerwonym wytrawnym, tak że no, jaja jak berety, kajzerki jak w dyskotekach. była kupa śmiechu. ale podczas ścierania naklejka się zdarła, płyta przestała grać, a dorota umarła 50 lat później ze starości.

oto ona. naklejka, ktorej nigdy nie posmakujecie, której nigdy nie powąchacie, nie dotkniecie i nie zobaczycie, jak się mieni w świetle 40-watowej żarówki. zamiast tego możecie sobie popatrzeć, jak melina mercouri pali papierosa, zapuszcza inną płytę i patrząc na zdjęcie piłkarzy cracovii śpiewa o tym, że pasy pany.

14:42, ljoekelsoey
Link Komentarze (5) »
wtorek, 27 grudnia 2011
na leżąco i w punktach o najgorszych rzeczach
ten tekst będzie w punktach i chcieliśmy się z tego wytłumaczyć. ostatnio dużo rzeczy w internecie zapisywanych jest w punktach. u nas zamiłowanie do rankingów przyszło znacznie wcześniej niż w momencie gdy zaczęliśmy za ich tworzenie zarabiać. na przykład w liceum nieustannie prowadziliśmy ranking najgłupszych przygód jakie nas wtedy spotkały. a jeszcze wcześniej robiło się np. rankingi ulubionych piosenek. w 1997 roku jednemu z nas wyszło, że piosenką roku jest ten oto utwór:



nie będziemy już nawet mówić o licznych listach najlepszych strzelców i złodziei sporządzanych na potrzeby naszych wymyślonych lig koszykarskich, w których zawodnicy nazywali się tak samo jak żołnierze g.i.joe w cywilu lub jak prawdziwi gracze nba czasem z lekko przekręconym imieniem. pamiętamy nawet, że najlepszym strzelcem ligi nbl był w sezonie 93/94 niejaki lydon terrence z dallas hurricanes, a tytuł mistrzowski zgarnęła ekipa los angeles wings, w której prym wiedli bracia doc i don rivers. kiedyś może zrobimy nawet ranking najgłupszych rzeczy jakie pamiętamy, ale póki co ranking tych rzeczy, o których wolelibyśmy zapomnieć, a co najwyżej w przyszłości wracać do nich tylko podczas przeglądania archiwalnych wpisów na jakimś naszym blogu, który miał być o krzyżakach, a wyszedł o silosach kiszonej kapusty, muzyce power dance, produktach zpm somlek z sokółki i zanikaniu fazy na pisanie bloga. a jeśli już o zanikaniu fazy mowa, to kiedyś jeden z nas stworzył ranking najlepszych odwołanych seansów filmu "wojownicze żółwie ninja 2" w kinie w węgrowskim ośrodku kultury z powodu braku fazy. jeden z nas "wojownicze żółwie ninja 2" ostatecznie obejrzał, z czego morał jest taki, że fazy wracają.

ale ale. tekst miał być w punktach, przejdźmy zatem do właściwego rankingu poprzedzonego jeszcze dwoma zdaniami wstępu. jeden z nas był jakiś czas temu w szpitalu i ostatni miesiąc spędził leżąc głównie na lewym boku. taka pozycja ma to do siebie, że nawet najszersze horyzonty stawiane są do pionu i właśnie z takiego punktu widzenia powstała ta oto lista. lista najgorszych rzeczy na świecie jakie mogą przyjść do głowy po miesiącu leżenia głównie na lewym boku:

- chamstwo

- perspektywa spotkania jacka wójcickiego i kolesia z dobry wrocławiu w zapyziałym sklepie akwarystycznym

- kaszel

- jak cię ktoś przelicytuje w ostatniej sekundzie aukcji na allegro i koło nosa przechodzi ci megatron zbudowany z klocków kompatybilnych z lego, na dodatek za pół darmo

- peły pęcherz gdy znieczulenie dolnej części ciała jeszcze nie ustąpiło

- ludzie o lekko zgarbionej posturze i szczurzej twarzy

- fakt, że ofra haza nigdy nie nagrała duetu z pukim


- gdy twoja skrzynka pocztowa kwalifikuje maile od dominika tomczyka jako spam

- że trzeba jechać aż do budvy, żeby zobaczyć dzwon kirka douglasa

- niezapowiedziane wizyty arcypasterzy

- niespodziewane początki jesieni w centrum rzeźby polskiej w orońsku

- ułożenie spodni żeljko bebeka


- bałagan w pokoju

- charlotte bobcats

- ości

- niezrealizowane pomysły, takie jak np. komiks o omarze sangare, którego przykładowe panele mogłyby wyglądać tak...


- gdy w czterech kolejnych rozwiązywanych krzyżówkach jednym z haseł jest "anyż" bądź "anyżek"

- przesłanianie przez komercyjny wymiar świąt bożego narodzenia ich prawdziwego sensu, czyli zagrzewania do boju washington bullets



- imprezowe zdjęcia z portalów klubowych

- niektóre wełniane bałwanki

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29